piątek, 22 lipca 2011

Dzień Drugi-22.07.2011

Już wiem, że nie należy spodziewać się za wiele po francuskim śniadaniu. Croissant, masło, dżem, sok pomarańczowy i kawa- za jedyne 6 EUR od osoby.
O 8.00 opuszczamy Valence. Do Barcelony zaledwie 544km-porównując z wczorajszym 1600 km to naprawdę bułka z masłem-:) O 12.00 przekraczamy granicę francusko-hiszpańską. Viva Espana! Przejażdżka francuskimi autostradami kosztowała w sumie 68 EUR- bravo dla ViaMichelin.com który precyzyjnie obliczył koszty. Całość trasy-z Poznania do El Vendrell, do naszej wynajętej od Barrego chaty ViaMichelin.com oszacował na 1205 pln-biorąc pod uwagę ceny autostrad, paliwa i średnie zużycie paliwa. To naprawdę sprytna stronka-polecam wszystkim planującym podróz.
Hiszpania przywitała nas zachmurzonym niebem, wiatrem i temperaturą 23 C-polskie lato-:)
Szybko pokonujemy krótki odcinek hiszpańską autostradą ( kolejne 14 EUR) i podjeżdżamy pod Camp Nou-stadion F.C. Barcelona. Niestety nie ma szans by zaparkować w promilu 500m od stadionu. Meldujemy się więc w Catalonia Suites, na ul. Muntaner, gdzie przez ciekawą stronkę wotif.com ( amerykańska alternatywa dla booking.com)zarezerwowaliśmy wcześniej apartament. Apartament jest duży i mega luksusowy-aż trudno uwierzyć, że kosztował zaledwie-jak na takie warunki-75 EUR.
Miły pan recepcjonista mówiący świetnie po angielsku poleca nam niewielką katalońsko-włoską restauracyjkę (Verona Restaurant, ul. Teodora Lamarid 3), gdzie jemy pierwszy od dwóch dni normalny posiłek. Obserwuję,że Katalończycy zamawawiają "danie dnia" składające się z przystawki ( sałatka albo zupa) i dania głównego. Maciej idzie w ich ślady i zamawia sałatkę i rybę "merluza",która wg słownika jest "morszczukiem", ale zupełnie nie przypomina filetów z morszczuka dostępnych w Polsce. Danie dnia to koszt 9.50 EUR- drogo-:( W Porto z ataki zestaw płaciliśmy niedawno max. 6 EUR.
Ale oczywiście i tak się opłaca- moje danie-kalmary z grilla z pure ziemniaczanym ( mała porcja-:( kosztowało 8 EUR.
Wreszcie wybieramy się na stadion.Za namową recepcjonisty bierzemy taksówkę ( 7 EUR) i w ciągu 10 minut jesteśmy na stadionie. Wejście na stadion dla osoby dorosłej to 22 EUR, dziecko 16.5 EUR- co za masakra! Niewyobrażalne jaką kasę robią na tych wejściówkach ( w kolejce po bilet staliśmy ze 20 minut) i wszystkich innych gadżetach! Stadion jak stadion- choć xxl ale muraw właśnie wymieniają więc nie robi aż takiego wrażenia ( cyt. Macieja i Zosię, bo mi i Zuzi nie chciało się tam nawet wchodzić-:)
Jesteśmy umówieni przed "magicznymi fontannmi" (Placa de Carles Bugas)o 21.00- o tej godzinie zaczynają się pokazy typu "światło i dźwięk". Mamy dużo czasu,więc Maciej zarządza dłuuuuuugi spacer ze stadionu aż do Placu Hiszpańskiego. Głowa pęka mi od hałasu i tłumów ludzi, które mijamy. Tęsknię za Porto-:( Pokaz tańczących fontann przed Palau National robi wrażenie szczególnie na dzieciach. I wreszcie spotykamy się ze Zdzisiami! Błotni niestety nie docierają zafascynowani biesiadowaniem w katalońskich restauracjach-:
Jesteśmy wykończeni,więc koło północy decydujemy się wrócić do hotelu. Jedna ciekawa uwaga- w Barcelonie oprócz ATM, czyli głównego metra, funkcjonuje jedna linia ( L7), która obsługiwana jest przez zupełnie inną spółkę (FGC)- i akurat dotyczy to naszego miejsca noclegu-:) Niezły zamęt z biletami! Watch out!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz