sobota, 30 lipca 2011

Dzień dziesiąty - 30.07.2011

O 10.30 opuszczamy Casa Piedra-pewnie na zawsze...To był bardzo miły, wypoczynkowy tydzień. Masiotki wracają do Barcelony a my ze Zdzisiami w kierunku Andorry.
Rezygnujemy z autostrady i jedziem bocznymi, krętymi drogami, przez serce regionu, w którym produkowane jest wino Cava. Oczywiście robimy drobne zakupy w jednej ze starych winnic.
Docieramy do Montserratu-przedziwnego klasztoru i sanktuarium Czarnej Madonny-duchowej patronki Katalonii. Tak już się przyjęło, że co roku musimy odwiedzić co najmniej jedno kultowe święte miejsce. Najbardziej niesamowita jest sama góra Montserrat, n aktórej usadowił się klasztor-składa się jakby ze sklanych filarów, przypominających wielkie organy, klimatem też jakby trochę Kapadocję. Sanktuarium położone jest na wyskości 720 m n.p.m. W klasztorze mieszka obecnie 80 benedyktynów, ale nie spotkaliśmy żadnego- a może ich po prostu nie zauważylismy w tym tłumie turystów. Do samej bazyliki wchodzi się przez naprawdę ładny plac, otoczony krużgankami i ciekawymi rzeżbami. Sam kościół tonie w złocie i licznych wydumanych ozdobach typowych dla baroku-ale ma w sobie coś mistycznego. Długa kolejka wiernych stoi do obrazu Czarnej Madonny umieszczonej w małym okienku nad ołtarzem.
Niestety ogólne wrażenie całości można podsumować jednym słowem-komercja.

W drodze do Andorry przeżywamy prawdziwą burzę gradową. Grad wielkości piłek pimpongowych uniemożliwia jazdę-stoimy na poboczu jak dziesiątki innych samochodów i przerażeni obserwujemy to przedziwne zjawisko. Boimy się, że grad zbije szybę, ale na szczęście nic takiego się nie dzieje. Już po burzy okazuje się jednak, że nasze auta są raczej do wymiany- na całej masce mają wgłębienia- ślady po gradzie. Wyglądają trochę jak biedronka w kropki-tak określa to Zuzia.

Droga przez Pireneje jest cudowna widokowo. Póżnym popołudniem docieramy do Andorry i zatrzymujemy się w stolicy tego dziwnego kraju-Andorra la Vella. To niewielkie miasteczko jest tak naprawdę jednym wielkim centrum handlowym wciśniętym między Pireneje. Wąskie uliczki, piękne widoki, hałas, tłok i zapach perfum-tak to można w skrócie określić. Niektóre rzeczy są faktycznie tańsze-sprzęt elektroniczny i motoryzacyjny, perfumy. Jedynie ja kupuję sobie mój ulubiony perfum Tommy Girl. Jesteśmy zmęczeni tym zgiełkiem i opuszczamy La Vella. Ściemnia się i mocno ochładza-temperatura spada do 15 stopni a majestatyczne Pireneje robią groźne wrażenie. Decydujemy się zanocować w przydrożnym hotelu w Soldeu-ostatniej miejscowości w Andorze, przed granicą francuską.
Hotel nazywa się del Carter i jest typowym „pirenejskim” hotelem dla narciarzy. Prowadzony przez przemiłą rodzinę, z którą próbuję dogadać się po frnacuzku.
W Andorze jest w sumie 190 km tras narciarskich-szkoda, że to tak daleko...

Jemy kolację-ja najlepszę w życiu zupę cebulową ( z jajkiem i zapieczoną grzanką z serem)
i zasypiamy zmęczeni. Jutro ciąg dalszy podróży-przez Tuluzę gdzieś aż pod Paryż.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz