Po śniadaniu opuszczamy Andorrę. Wypominam Maciejowi, że korzysta z płatnego tunelu tuż przy granicy z Francją-boję się, że ominą mnie wszystkie najpiękniejsze widoki. Oczywiście jestem w błędzie- to,co pozostaje do przejechania jeszcze w Andorze i francuska część Pirenejów przysparza mi palpitacji serca. Cudowne widoki, strumyki,pasące się na zboczach krowy-takich widoków nie widziałam nawet w Alpach.
Koło południa dojeżdżamy do Tuluzy i zatrzymujemy się tam zauroczeni na parę godzin. Już przy wjeździe do centrum wrażenie robią barki mieszkalne cumujące na Canal du Midi.
Największe wrażenie robi jednak stare miasto-całe zbudowane przedziwnie z czerwonej cegły. Sami Francuzi nazywają Tuluzę "różowym miastem"-które jest różowe o świcie, czerwone w południe i fioletowe o zmierzchu". Place, wąskie uliczki, stare kościoły- w tym bazylika St. Sernin-największy kościół romański w Europie a z drugiej strony cudowne nabrzeże, mosty i plaże wzdłuż rzeki Garonny. Atmosfera prawie śródziemnomorska, trochę artystyczna-na co dzień to miasto tętni pewnie życiem jeszcze bardziej, bo to ważny ośrodek uniwersytecki-a teraz wakacje i w dodatku dziś niedziela...
Kiedy wreszcie opuszczamy Tuluzę-bardziej z rozsądku ( przed nami daleka droga), niż z tzw. potrzeby serca, jest już popołudnie.
Po paru godzinach postanawiamy nieco zmodyfikować naszą trasę do Paryża i zjeżdżamy z autostrady do krainy przedziwnych, bajkowych zamków-do Doliny Loary.
Drogi-choć boczne i dość wąskie-są bardzo dobrze utrzymane a wioski, pola kwitnących słoneczników i widoki z okna-rekompensują niewielką prędkość, z którą się poruszamy.
Zatrzymujemy się w Montresor-wsi uznanej za najpiękniejszą we we Francji, nad którą widnieje jeden z 59 zamków.Ten jest o tyle nietypowy, że należy do Polaków-potomków Ksawerego Branickiego-hrabiego który w 1849r. kupił ten XV-wieczny zamek.
Dojeżdżamy do Chenonceau-największego i chyba najbardziej znanego ze zamków, ale niestety tuż po zamknięciu. Widzimy do z oddali jak i kilka innych bajkowych warowni, np. Chaumont Sur Loire. Jest już bardzo późno, gdy docieramy do Blois- ślicznego miasteczka nad Loarą, które oczywiście również posiada swój własny zamek.
Zatrzymujemy się w pierwszym hotelu a pan recepcjonista jest tak miły, że obdzwania dla nas wszystkie pozostałe, aż wreszcie znajduje ostatni wolny pokój w hotelu-hostelu, położonym tuż przy dworcu PKP ( co słychać niestety). Przynajmniej cena jest OK-78 EUR za 4-osobowy pokój.
Jesteśmy jakieś 2.5h drogi od Disneylandu, jutro musimy szybko wstać, bo od rana możemy już wejść do parku a dziewczynki od paru dni o niczym innym nie mówią.
Zosia jak to Zosia-bardzo znudzona zwiedzaniem a zwiedzaniem zamków w szczególności. Zuzi podobają się te klimaty-biega z aparatem jak mała Japonka i fotografuje wsie, pola, zamki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz