Od rana iście polska pogoda. Choć jest ciepło, to pada deszcz i wszystko wydaje się szare i bure. Góry straszą zza okna i ciężko jest wstać z łożka. Mimo to wytypowany „team” udaje się samochodem Zdzisia do najbliższej, położonej przy głównej drodze w dole wioski- La Bisbal. W tej wioseczce odbywa się co środę tradycyjny „marcado”, o czym na migi poinformowała nas wcześniej Anghela. Ponoć można nabyć tam ciuchy za 2 EUR, co jest bliskie prawdzie-mnóstwo tam straganów z tanią,chińską, odzieżą. Poza tym kilka stoisk z naprawdę niedrogimi warzywami ( 2 kg pomidorów=1 EUR), owocami, sprzedawanymi na kilogramy oliwkami i serami. Cudowny klimat!
Nie udaje nam się kupić ciuchów, ale za to spędzamy z godzinę czasu w sklepie Euro-AGD, gdzie między lodówkami a telewizorami odkrywamy cudowne skorupy-gliniane naczynia wytwarzane przez miejscową ludność, w których na codzień gotujemy w chacie u Barrego.
Za 24 EUR nabywam olbrzymią siatkę przeróżnych mis, misek i miseczek i zachywcona opuszczam La Bisbal. Pogoda się poprawia i do wieczora świeci słońce, które wykorzystujemy na biesiadowanie przy basenie. Dwukrotnie nawiedza nas Antonio- nasz kataloński „pool man”, z którym mamy problemy się dogadać, nawet mając przy sobie słownik angielsko-kataloński. Antonio ma pewnie z 50 lat i ani jednego zęba, długie włosy i brodę. Nie wygląda na osobę, która szukałaby kontaktów z turystami, jest niezwykle dumnym Katalończykiem starej daty, który neguje wszytkie próby kontaktów w języku hiszpańskim ( kastylijskim), choć z bezzębnym uśmiechem przyjmuje od nas talerz „polskiego gazpacho”-mojego kremu pomidorowo-paprykowego i zimnej butelki żoładkowo-gorzkiej podarowanej jako”:souvenir” z Polski. W zamian wyprowadza i nadmuchuje dla nas dwa rowery, które zw piwniczce przetrzymuje Barry. Ciekawe, czy znajdą się chętni, na wyprawę w te –bądź co bądź naprawdę wysokie-góry. Jedyny temat na który udaje nam się odbyć z Antonio dłuższą rozmowę to jego dwa psy, które towarzyszą mu krok w krok. Jeden ma na imię Mizeria a drugi, mniejszy ( syn Mizerii) –Roy-choć młodszy, ma problemy z sierścią.
Psy to odrębny temat-są w każdym domu, sklepie, knajpce. Małe, duże, czasem wychudzone i bardzo hałaśliwe. Nigdy przedtem nie widziałam takiej ilości psów w jednym miejscu.
Wpada też Anhela a wraz z nią charakterystyczny , kataloński gwar. Gestykuluje, przytula się do nas i-zdaje się-próbuje opowiedzieć historię swojego życia. Jest bardzo przyjaźnie nastawiona i mimo ewidentych braków języków ( my ani w ząb hiszpański/kataloński a ona angielski), udaje nam się z nią dogadać- obiecuje na piątkowy wieczór zamówić dla nas pallea w pobliskiej knajpce ( pallea sprzedawana jest praktycznie tylko i wyłącznie na zamówienie).
Słońce zachodzi na naszych wzgórzach jeszcze piękniej, niż zwykle-robimy sobie sesję zdjęciową i z błogim namaszczeniem kontemplujemy każdą chwilę tutaj. To naprawdę jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz